Co to ma być?! Gdzie posty?! No tak, sorry, sorry, ale na prawdę te wakacje mam zawalone wszystkim! ;-;
Jednak ostatnio sporo rysowałam i najlepsze rysunki postaram się wstawić, a teraz... zacznę pisać opowiadanie! Dam! Daam! Daaaam!
Z góry mówię, że nie jestem w tym dobra :/ Ale co ta! Dla jaj coś tam można wstawić! xD
Rozdział
1
Czy kiedykolwiek
czuliście, że niebezpieczeństwo jest blisko? To trzeba wyćwiczyć. Za każdym razem gdy ma się zdarzyć coś złego
ja to po prostu czuje. A czułam to dzisiaj. Od samego rana odczuwam coś niepokojącego. Oczywiście nie dałam tego
po sobie poznać. Mój ojciec pewnie i tak, by się nie przejął. Uznałby , że
pewnie stresuje się nadchodzącym deszczem, czy czymś podobnym. Jednak ja
potrafię odróżnić deszcz od czegoś większego. Tylko nie wiem czego.
Siedziałam teraz
na zasłoniętym wieżą kawałku muru i patrzyłam za horyzont. Moja matka w dzieciństwie opowiadała mi różne
historie o odległych krainach. Teraz jestem „za stara” na takie bajki i
niewierze w nic co było w nich zawarte, ale miło było ich posłuchać. Słońce już
zachodziło. Trzeba było wracać. Chodź nie chętnie, zwróciłam się w stronę
stromej drabiny. Jedynego zejścia z muru. Los mi nie sprzyjał, gdyż przed moimi oczami
ukazał się mój kuzyn. Nie miałam ochoty na gadanie o szczęściu, kwiatkach i
jednorożcach… a prawdopodobnie z tego składa się jego cały świat. W sumie był
młody, ale jednak… nieważne. Jest on naprawdę niewielki i ma śmieszne, krótkie,
opadające na twarz blond włosy.
- Czego chcesz? – spytałam i zacisnęłam wargi.
- Wiesz co? Podobno za kilka dni będą zapisy do szkoły
rycerskiej!
- No i co z tego? I tak cię ojciec nie puści.
- Wiem. – Posmutniał
– ale zawsze można pomarzyć.
- Sorry Timmy, ale nie mam dziś ochoty na rozmowy. –
powiedziałam i skierowałam się ku mojemu domu. Odwróciłam się na chwilę. Nie
mam nic przeciwko młodemu, ale czasami wkurza swoją wieczną radością i zapałem
do wszystkiego. Według mnie świat nie jest idealny i nie ma się z czego cieszyć.
Prawdopodobnie dopiero po śmierci każdy, który kogoś stracił przestanie czuć
przenikliwe kłucie w sercu, które niestety nie ustaję z wiekiem. Eh… koniec
tego. Czas wrócić do rzeczywistości. Westchnęłam cicho i już wyciągałam rękę ku
drzwiom, gdy usłyszałam dobrze mi znany dźwięk.
Ciche Tik, Tak, Tik, Tak… Dźwięk cichy, ledwo
słyszalny i niezwykle denerwujący. Nie należał do zegara. Jeśli nie do zegara,
to do… bomby! Bomby zegarowej. To było pewne. Wsłuchiwałam się chwile po czym
odwróciłam się gwałtownie. Nic nie zauważyłam. To raczej oczywiste. Przecież wróg
nie położyłby bomby na wierzchu. Musiałby
być kompletnym idiotom. Wbiegłam do wieży, żeby znaleźć mojego brata. Jest
wysokim, muskularnym chłopakiem… To znaczy mężczyzną. W tym roku skończył dwadzieścia
lat. Ma czarne włosy, tak samo jak i oczy. Zazwyczaj przebywa tutaj czyli w
wieży obronnej, albo w szkole. Tej samej do, której chciałby się dostać Timmy.
Wbiegłam do pokoju, ale nikogo nie zastałam. Nie wiem co się stało. Wiem tylko,
że nie można stresować całej gildii. Mogłam się przesłyszeć… A może jednak powinnam
wszystkich zawiadomić. Mogła to być broń masowego rażenia, która jednym
wybuchem może zniszczyć całe miasto. Albo może ich być kilka i wyjdzie na to
samo. Obstawiam drugą opcje. Mojego brata nigdzie nie było. Taty tak samo.
W każdym razie
było już za późno… Tykanie przyśpieszyło. To mogło znaczyć tylko jedno.
Niezwykle szybko wybiegłam z pomieszczenia. Postanowiłam chronić tych, których
się dało. Za drzwiami obejrzałam się wokoło. Na innej wieży stał mój brat i
spojrzał na mnie porozumiewawczo. Westchnęłam. On będzie próbował ratować
mieszkańców. Wierze, że nic mu nie będzie, ale wolałabym mu pomóc. Na jedno
pytanie mam odpowiedź, tylko gdzie jest mój ojciec?
Nie mam teraz na
to czasu. I tak, ja się dla niego nie liczę. Po śmierci mojej matki przestał
się interesować i mną i moim bratem. Niesamowite jak śmierć żony mogła zamienić
miłego ojca we wrednego i zamkniętego w sobie idiotę. W każdym razie, na nim
zależy mi najmniej. Nie pamiętam za dobrze jaki był przed śmiercią mamy. Byłam
jeszcze młoda i nie rozumiałam co się stało. Tykanie jest coraz szybsze.
Powinnam uciekać, ale nie zrobiłam tego. Czemu? Bo zobaczyłam Timmy’ego na
płocie przy szkole. Przypatruje się czasem jak starsi od niego ludzie się uczą.
Pobiegłam, więc w jego stronę. A czemu go ratuje?Bo to tylko dziecko i samo
sobie nie poradzi. Poza tym znam jego matkę i wiem jak to jest stracić kogoś
kto jest dla ciebie ważny. Nie ważne czy ona zginie, raczej nie chciałaby go spotkać po śmierci. Jeśli to w ogóle możliwe. Biegłam,
więc ile sił mam w nogach. Złapałam Timy’ego i ruszyłam w stronę głównego
wyjścia.
- Co się dzieje!? – Timmy zaczął się wyrywać.
- Musimy uciekać! W gildii są bomby. – powiedziałam – Mój
brat ewakuuje resztę.
- Co z moimi rodzicami!?! – zapytał. Nie był taki głupi,
wiedział co znaczy słowo bomba i co ona może wyrządzić za szkody. – Nic im nie
będzie?! – dodał i wyrwał rękę z mojego uścisku. Spojrzałam na niego i nic nie
odpowiadałam. Bo co niby mam powiedzieć dziesięciolatkowi. „Wybacz Timmy, ale nie wiem.
Najprawdopodobniej zginą przy pierwszym wybuchu”. No właśnie.
- Timmy, po prostu chodź. – Ten niechętnie ruszył za mną. Wybiegłam
przez główne wyjście razem z nim. Po czym skoczyłam w najbliższe krzaki.
Dosłownie w tej samej chwili wybuchła pierwsza fala. Wybuch był niezwykle
silny. Ziemia się zatrzęsła. Może bomby były ukryte w ziemi. Za mojego życia nie było równie wielkiego
wybuchu. Tym razem Alexander się postarał. Raczej na pewno nic nie uratujemy.
Obróciłam się na plecy. Podniosłam powoli głowę i ujrzałam miasto otoczone
wielkim kamiennym murem, które stoi w płomieniach. Słyszałam krzyki i płacz.
Już nie raz ten dźwięk docierał do moich uszu, ale teraz był silniejszy. I to o
wiele. Moje osobiste zwierzenia nie trwały nawet pół minuty. W takich
okolicznościach nie można zwlekać. W każdej chwili Czerwone Smoki mogą się tu
dostać.
- Chodź Timmy! Trzeba znaleźć schronienie. – powiedziałam i
wskazałam ręką kierunek, w którym według mnie powinniśmy się udać. Jak zwykle
północ.
Timmy ruszył za
mną. Niechętnie, ale ruszył. Szłam cicho przed siebie, z on tuż za mną. Młody
chłopak ciągle patrzył się w stronę gildii. Szkoda mi go było. To tylko
dziecko, a musiało oglądać coś takiego. Ja ledwo to zniosłam. No właśnie… Ja jestem
Colette. Mam osiemnaście lat. Wcześniej nie było czasu się przedstawiać. Należę
do zwykłej rodziny żyjącej na terenie gildii wilków. Tak, my jesteśmy wilkami.
Rodzinne i nieufne stworzenia. Normalnie łagodne. Zazwyczaj atakują w obliczu
zagrożenia bądź głodu. Według mnie są wspaniałe. Nawet gdyby osobnik tego gatunku
próbował mnie zabić i tak z wielkim bólem serca uśmierciłabym go. Jednak,
jeszcze żaden z nich nawet do mnie nie podszedł. Ja im bezgranicznie ufam, a
one mi. Jednak bez przesady. Ani ja, ani on nie podejdą na odległość mniejszą
niż dziesięć metrów.
- Co teraz zrobimy? – przerwał długotrwałą ciszę i
jednocześnie moje przemyślenia Timmy.
- Schronimy się tam! – powiedziałam i wskazałam wyrwę w
skale. Spokojnie mogliśmy się w niej zmieścić.
Po drodze udało mi
się wyrwać jakiemuś nieboszczykowi zapalniczkę, więc będzie jak rozpalić ogień.
Przydałoby się tylko drewno.
- Wchodź Timmy! Ja pozbieram drewno. – powiedziałam, ale w
tej samej chwili uświadomiłam sobie, że samego go tam nie wpuszczę. Więc
przytrzymałam go za ramie. - Wiesz, jednak chodź ze mną. – powiedziałam i lekko
go pociągnęłam.
- Ale mi się chce spać. Wędrowaliśmy cały dzień. – Narzekał.
W sumie to miał racje. Miał prawo być zmęczonym, ale nie miałam zamiaru zostawiać
go samego.
- Czekaj… - powiedziałam i jednym ruchem wzięłam w rękę
kilka pierwszych lepszych patyków i kamieni – Jutro znajdę coś lepszego.
Uśmiechnęłam się,
chodź rzadko mi się to zdarzało. Do pieczary pierwszy wszedł Timmy. Ja zaraz za
nim. Zauważyłam, że… w jamie jest ktoś jeszcze.
Gwałtownie stanęłam. Objęłam Timmy’ego obiema
rękoma i przycisnęłam do siebie. W rogu stała drobna, niewielka dziewczyna o
przyjemnym wyrazie twarzy. Posiadała długie, lekko falowane włosy, zielone oczy
i niewiele piegów na twarzy. Ubrana była w błękitną, falistą koszulkę i wygodne jeansy.
- Mogę
znać twoje imię? – zapytałam pierwsza i przełknęłam ślinę.
-
Jestem Alice. –
przedstawiła się.
- Ja
jestem Colette .A to jest Timmy.
-
Jesteś smokiem? – spytała niepewnie.
- Nie.
Nigdy bym do nich nie przystąpiła. - Prędzej po moim trupie. Ale jako umarlak
na nic im się nie przydam.
- To
dobrze. – Alice wyraźnie odetchnęła.
Chwilę jeszcze stałyśmy przed sobą i
oglądałyśmy się nawzajem. Nie wyglądała na osobę, która umie kłamać.
Prawdopodobnie była w moim wieku.
- Skoro
nie jesteś Smokiem, to kim? – spytałam w końcu.
-
Wilkiem. – odparła.
- To
witaj w drużynie – uśmiechnęłam się. W głębi duszy ucieszyło mnie to, że ktoś
oprócz nas przetrwał. Jednak nie dałam tego po sobie poznać. Zwykły uśmiech to
u mnie dość dużo. Nie było potrzeby na skakanie z radości czy coś w tym stylu. Po
chwili podałam dłoń nowopoznanej dziewczynie – Im nas więcej przeżyło tym
lepiej. Timmy, usiądź obok. – dodałam i stanęłam przed nimi.
Może jestem zbyt ufna? Skąd mogę wiedzieć,
że ona nie próbuje nas oszukać. Spojrzałam na nią i zacięłam się. W każdym
razie przecież mam broń. Ale na razie potrzeba nam więcej osób. Przecież nic
nie zrobimy w dwójkę. W sensie ja i Timmy. Zwłaszcza, że on nie skończył nawet
tych czternastu lat.
Wyjęłam zza pasa mały sztylet i obejrzałam
go dokładniej. Jest dość ostry, żeby zabić, więc na pewno się przyda.
- Macie
jakąś broń? Timmy, ty chyba dostałeś ode mnie sztylet. Podobny do mojego. –
powiedziałam i spojrzałam na małego.
- Tak.
Trzymam go za pasem, tak jak ty. – oświadczył i wyjął go.
- Ja
nic nie mam. – odparła dziewczyna i spojrzała na mnie.
Zdjęłam z ramienia
małą torbę i zaczęłam w niej grzebać. Noszę ją zawsze i wszędzie. Raczej nie
widziałam potrzeby opowiadania o niej. Jest mała, skurzana i ma kilka łat. Miałam
ją na ramieniu już siedząc na murach. Należała do mojego brata, ale on chciał
ją wyrzucić. Tylko dlatego, że dostał nową. Ja jestem trochę sentymentalna.
Dlatego dotąd jej nie wyrzuciłam. Wyjęłam z niej mały nóż. Niestety tylko tyle
miałam. Podałam go nowej towarzyszce.
- Tylko tyle mam. Na razie musi ci wystarczyć.
- Może być. Dzięki. – odpowiedziała krótko.
- Trzeba oszacować ile nas najprawdopodobniej zostało. –
zaczęłam – Jestem ja, wy, najprawdopodobniej mój brat….
- Em… Colette? – zaczął Timmy i spojrzał na mnie zza
opadającej mu na twarz grzywki. Uspokoił nogi, którymi jeszcze przed chwilą
machał w tą i z powrotem. – Co z moimi rodzicami? Nie odpowiedziałaś mi.
Podeszłam do niego
i klęknęłam przy półce. Złapałam go rękami za ramiona. Spojrzałam na niego i
zrobiło mi się go okropnie żal. Te ukłucie w sercu, że nie mogłam nic zrobić.
Przecież gdybym szybciej się zorientowała. Gdybym nie siedziała na tym głupim
murze tylko przed domem, to… może bym ich uratowała. Ale, przecież mogli
przeżyć, prawda? Podobno wszystko jest możliwe… Szkoda tylko, ze ja w to nie
wierzę…
- Wiesz Timmy… - spróbowałam zacząć – Nie każdy… Nie każdy
mógł przeżyć – załamał mi się głosi spojrzałam w jego wielkie, zwykle wesołe
oczka. Tym razem widziałam w nich tylko smutek. Nic więcej. Żadnych innych
uczuć. Żadnego żalu, złości. Tylko najzwyklejszy smutek. Tak banalne uczucie, a
tak często spotykane. I tak przeze mnie znienawidzone…
- Rozumiem. – Timmy spuścił głowę i wydaje mi się ze łza
wypłynęła z jego oka.
Chwilę przy nim
siedziałam. Odgarnęłam jasne włoski z jego małej twarzyczki.
- Wszystko będzie dobrze. Jestem z tobą, a teraz jest też
Alice. – powiedziałam i powoli odeszłam na drugi kraniec niewielkiej jamy.
Położyłam się kierując oczy ku sufitowi - Powinniśmy już iść spać. Dobranoc.
Reszta chyba też
położyła się spać. Pół nocy tylko leżałam i patrzyłam się w sufit myśląc czy
mój brat, albo rodzice Timmy’ego przeżyli. O Alice mało wiem. Jest po mojej…
Naszej stronie i lubi wilki tak jak ja. Zaraz! Mój kot! Gwałtownie poderwałam
się do pozycji siedzącej. Wyjrzałam zza wyrwy. Rozjaśniało się, więc obudziłam
towarzyszy. Wyjrzałam jeszcze raz. Usłyszałam coś w krzakach.
- Cicho! – szepnęłam i przyglądałam się owym krzakom.
Chwilę później w
moją stronę skoczył kot. I to nie byle jaki kot! To była kotka! Annabel! Zaraz
za nią zza krzaków wyskoczyli ludzie uzbrojeni w miecze. Nie wyglądali na
naszych. Widać było, że to Smoki. Ich żołnierze mieli podcięte włosy. Mój
ojciec nie uznawał takich rzeczy za niezbędne. Muszę przyznać, że też mi się to
nie podoba. Odruchowo schowałam się za rogiem, ale ich rozmowę słyszałam bardzo
wyraźnie.
- Zostaw go! Po co ci ten kot?! – zaczął jeden z nich. Miał
gruby męski głos.
- Przecież dowódca kazał nam go złapać!
- Powiemy, że spadł ze skarpy, czy coś w tym stylu! –
Ściszył głos.
- Ale… Dobra! Chodźmy!
Usłyszałam kroki,
więc pewnie już poszli. Za bardzo to się nie postarali. Spojrzałam w stronę
kota i przez chwilę jeszcze stałam w bezruchu. Obejrzałam go od stóp… to znaczy
od łap do głów. Tak, na sto procent to była Ann. Moja mała Ann! No dobra może
nie taka mała. Była spora, zwinna i niebiesko-szara. To w połowie Kot Rosyjski
Niebieski, a w drugiej połowie jakieś coś. Podeszłam do niej i przytuliłam z
całej siły. Kotka tego nie lubiła i przeciągle miauknęła. Puściłam ją i zaśmiałam
się, a ta położyła się w kącie. W tym momencie podbiegł Timmy i przytulił
kotka. Ta dała za wygraną i najzwyczajniej nie reagowała.
- Cześć Ann! – odparł młody i uśmiechnął się.
Annabel gdy tylko
się uwolniła podeszła do Nicol. Obwąchała ją i usiadła w kącie. Zaśmiałam się i
spojrzałam na nową znajomą.
- To mój kot. – powiedziałam z uśmiechem.
Niby rzadko się uśmiecham, ale tego do uśmiechania nie
zaliczajcie… tylko do cieszenia się. Poza tym jak Ann jest obok zawsze się
uśmiecham. No chyba, że coś jej się stało, ale to już się rzadko zdarza.
Spojrzałam na „sufit” groty.
- Nie możemy tu cały czas siedzieć. Musimy coś jeść. –
oznajmiła Nicol i miała racje. Cały dzień spędzony w grocie to zmarnowany
dzień.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz